sobota, 26 lipca 2014

Mini urodziny


24 lipca -urodziny Seweryna, czyli data tak samo ważna jak 17 marca. Miałam na tyle ułatwione zadanie, że już od czerwca wiedziałam, jak będziemy obchodzili ten dzień. Prezenty udało mi się kupić podczas mojego wyjazdu do Londynu. To, że dojechały do Polski dość mocno wygniecione to nie problem! Dzisiaj rano poleciałam do cukierni po mini tort i po nasze ulubione krakersy juniorki. Ciasto zjedliśmy sami...  winna czuję się do teraz!

Po minie po otwarciu prezentu śmiem twierdzić, że prezenty się podobały. Ale kto wie, może właśnie powiększyłam kolekcję koszulek do spania?

Fioletowa kolorystyka dominująca w tym poście to nie czysty przypadek. Już od teraz dobieram chłopakowi muszki do moich sukienek!


Nie że coś, ale KLIK! dalej obowiązuje! 
xoxo, Aleksandra

czwartek, 24 lipca 2014

Another days in UK


    Anglia to nie tylko Londyn, czego miałam okazję doświadczyć podczas mojego wyjazdu. Na pierwszy ogień poszło miasteczko Warwick. Malutka miejscowość z wstążeczkami powywieszanymi między domami. Jako że mój  tato jest fanem angielskiej zabudowy, właśnie stamtąd przywiozłam ogromną liczbę zdjęć. Największą atrakcją był średniowieczny zamek z 1068r., wokół którego rozłożone były namioty, odbywały się pokazy ptaków, walki na kopie i strzelanie z łuku. Dość traumatycznym wspomnieniem z tej wycieczki była wizyta w domu strachów. Nie byle jakim domu strachu, a wilgotnych lochach z myszami w klatkach i nogami wiszącymi na łańcuchach. W każdym kolejnym pomieszczeniu odbywała się pewnego rodzaju scenka z udziałem grupy. Tu zamknęli kogoś w klatce, tam obcięli ucho, a na samym końcu szło się korytarzem wypełnionym mgłą i z dużą ilością luster. W niektórych miejscach tych luster niestety nie było, co można było zauważyć po moim pisku, gdy złapałam za rękaw mężczyznę w masce i czarnej pelerynie. Mimo tego że jestem fanką horrorów, nie przeżyłabym drugiej takiej wizyty!

    Innym odwiedzonym miejscem był Oxford, miejsce słynnej uczelni i ogromnej ilości ogrodów. Akurat tutaj humor kompletnie mi nie dopisywał i niestety nie mogę powiedzieć nic ciekawego, poza tym, że zjadłam tam bardzo dobre lody waniliowe. Kolejne dni mijały na robieniu zakupów w Primarku, ogromnych centrach handlowych i spacerowaniu po uliczkach Milton Keynes (oczywiście jak na złość ostatniego dnia musiałam się zgubić).


    Przypominam o moim fan page! Nie znienawidźcie mnie za to - KLIK! Przy okazji dziękuję wszystkim moim 'fanom', jest was już 66! :O
xoxo, Aleksandra

środa, 23 lipca 2014

London trip




    Będę tęsknić za Londynem, zdecydowanie. Poplątanie z przemieszaniem to odpowiednie określenie tego miasta. Muzyka alternatywna grana przez gitarzystów w metrze (w tym Lego house Eda Sheerana!), excuse me i sorry słyszane za każdym razem, gdy ktoś nawet lekko  dotknie twojej ręki, to coś, co wzbudziło we mnie chęć zostania tu jeszcze dłużej. Poza tym Primark, czerwone autobusy i ruch lewostronny, przez który już wszystko mi się pomieszało. 

    Big Ben, London Eye i Tower Bridge robią naprawdę ogromne wrażenie, jednak chyba nie mam co tu o tym pisać, bo chyba w każdej książce do języka angielskiego zawarty jest o tym dział. Na stacji King's Cross, gdzie znajduje się słynny peron 9 i 3/4, miałam zrobić sobie zdjęcia z wózkiem jadącym do Hogwartu. I co? Wracałam ze zwieszoną miną, kiedy zorientowałam się, że ta ogromna kolejka sięga jeszcze ulicy przed wejściem do metra. Wszechobecne tłumy są nieco przytłaczające i umożliwiają robienie sobie zdjęć. Uroki wielkiego miasta!

   Zwieńczeniem mojej wycieczki była jazda czerwonym double decker bus z odkrytym dachem. Z zachwytem odkryłam, że można znaleźć polskiego tłumacza, przez co łatwiej było mi przyswoić sobie wszystkie ciekawostki. Epidemie dżumy i ogromny pożar wzniecony przez przypadek, który spalił ogrom zabudowy. To są dopiero informacje!

  Jestem już stuprocentowo pewna, że chyba nigdy nie będę przepadała za lataniem samolotem. Okropny ból głowy przy starcie i lądowaniu, a do tego wizja zestrzelenia, porwania lub awaryjnego lądowania.


    Chinatown!  Po raz pierwszy zjadłam prawdziwe chińskie jedzenie. Nawet malutką krewetkę! Chociaż wszystko, co pochodzi z morza, wzbudza moją niechęć. To niestety się nie zmieniło, ale kolejna rzecz do zjedzenia na mojej liście została odhaczona.


    Niestety królowa pokrzyżowała mi plany i nie miałam okazji zrobić sobie zdjęcia ze strażnikami pod Buckingham Palace. No kto by pomyślał. Kim ona niby jest?
    Przy okazji chciałam podziękować mojej siostrze - Dominice! To ona jest w większości autorką tych zdjęć, bo w tym roku objęła funkcję nadwornego, wakacyjnego fotografa. DZIĘ-KU-JE-MY!
    
   Ostatnią ciekawostką do przekazania jest moja nawa strona na facebooku. Tam będzie się ukazywała się teraz większość moich postów. Czy sama ta idea wypali - nie mam pojęcia, ale spróbować zawsze można. :) 

xoxo, 
Aleksandra

poniedziałek, 14 lipca 2014

WIELKI POWRÓT?





   Ogarnęła mnie nostalgia, chęć podzielenia się czymś ze światem. Postanowiłam powrócić do pisania bloga. Jeśli chcę kiedyś pisać kryminały i być rozpoznawalna na ulicy, jak moja simka Aleksandra, muszę podjąć odpowiednie środki. Tak, w trakcie tej rozłąki powróciłam do dawnych nałogów.

   Przez ten ogrom czasu tak dużo się wydarzyło. Po pierwsze skończyłam gimnazjum ze swoją najwyższą średnią w życiu, a po zobaczeniu wyników z  testów gimnazjalnych moja euforia trwała przez cały dzień..  tydzień,  dobra,  trwa do teraz. Jednym ze słów cisnących się do moich ust po gimnazjum jest 'w końcu'. Czas na wielkie zmiany, takie jak nowa droga do szkoły. I'm so excited! Zdecydowałam się na klasę biologiczno-chemiczną, jednakże tracę wiarę w słuszność mojego wyboru. Jestem chyba najbardziej niezdecydowaną osobą na świecie. Kto wie, może po pierwszej klasie zmienię zdanie po raz tysięczny i skończę w klasie humanistycznej? Zawsze lubiłam pisać, a historia rodziny carskiej to mój konik.

   W ramach prezentu za dobre wyniki et cetera za dwa dni wylatuje do Londynu. Moja siostra określa to ,,spełnieniem marzeń", ja bardziej wykazuję się postawą ,,ale sobie foteczek nastrzelam". Poza tym, kocham się pakować. Planowanie i zapisywanie, to jedne z najlepszych rzeczy podczas wyjazdu. A czekające mnie największe zakupy w życiu, to już kompletnie inna sprawa...

  Jeśli już mówimy o ubraniach i butach, to nasuwa mi się pewna anegdortka, a raczej - przykra sytuacja, która miała dzisiaj miejsce. Stałam odstawiona na randkę przed lustrem, gdy przypomniało mi się o moich lekko obtartych nogach. Postanowiłam mimochodem nakleić dwa plasterki i ruszyłam w drogę. Niestety, przemierzyłam 300 metrów cierpienia. Moje buty, całe w krwi musiałam nieść w ręce i  na boso dreptać z powrotem do domu. Resztę randki spędziłam w dresie na leżaku, słuchając żartów o tym, że ,,ja zawsze muszę sobie coś zrobić, he". Przynajmniej się nie nudzę, nie? Czym byłoby życie bez pechowców? 
 A jaki jest wniosek z mojej opowieści? Nie ma żadnego. To ta historia, która nie wnosi kompletnie nic. Kolejnym nasuwającym się na myśl pytaniem jest - jak ja zamierzam przez kolejny tydzień zwiedzać english monuments? Jeszcze nie posiadłam umiejętności chodzenia na rękach, a szkoda!



Kisses, sweethearts! See you soon!
xoxo, Aleksandra

poniedziałek, 17 marca 2014

17 marca 1998

Zrobiłam sobie przerwę. Szukałam inspiracji. Cały miesiąc i 11 dni. 
Dzisiaj jest 17 marca - dzień świętego Patryka, dzień bloga. Mój dzień. Dokładnie o 9:20 szesnaście lat temu przyszłam na świat. Z opowiadań mojej mamy był to okropny, zimny, marcowy dzień. Na dodatek padał śnieg z deszczem. To zdecydowanie był znak. Gdybym była romantyczna, napisałabym, że ,,niebo płakało, bo aniołek opuszczał niebo". Ale chyba nie jestem takim Mickiewiczem, więc po prostu to przemilczę. 
Poza tym wcale nie byłam słodkim dzieckiem. Po co się okłamywać?
 Ludzik Michelin? Tak to ja.


Postanowiłam pokrótce podsumować ten rok. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy można go określić mianem superekstrafajnego, ale jedno jest pewne - był dobry.  Od poparzenia prostownicą na szyi, którą większość określiła mianem nieudolnej malinki, po wejście w fazę bloggerki  i robienie zdjęć wszędzie, gdzie się da. 





W sobotę świętowałam z rodziną mój wyjątkowy dzień. Nie jadłam słodyczy, ale po waniliowym torcie moje postanowienie szlag trafił. Znowu wracam do punktu wyjścia, ale NIE ŻAŁUJĘ. Nie można się całe życie odchudzać, prawda? Same wciśnięcie się w tą malutką, prześwitującą, białą sukieneczkę kupioną za grosze w lumpeksie jest osiągnięciem na miarę zdobycia Oskara. 


Przy okazji chciałam podziękować wszystkim, którzy o moich urodzinach pamiętali. Od śpiewania ,,Hepi berzdej tu ju" autorstwa Michała Szpaka po zwykłe życzenia na korytarzu! I mam nadzieję, że osoby, z którymi rozmowy tu dodałam, nie będą miały mi to za złe. Buziaczki! :)