poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Post informacyjny, czyli co i jak



Nadszedł czas na post czysto informacyjny. Zaczęłam działać w dość wielu "dziedzinach internetu", przez co pora wszystko uporządkować. 


Poza blogiem prowadzę także Fanpage, na którym udostępniam wszystkie posty. Skończyłam z dodawaniem postów na mój prywatny profil (poza tym, ups!). Jeśli chcecie być na bieżąco,  po prostu powiększcie grono 100 olciaków, którzy mnie śledzą :)






Ostatnio można było zauważyć mój absolutny debiut na Youtube. Tam będę umieszczała moje przyszłe dzieła w dziedzinie filmu. Jestem totalnym świeżakiem i każde subskrypcję będą mile widziane! 




Dzielnie powiększam grono instagramowiczów. Mój Instagram nie jest zbyt bogaty, ale co tam! Można tam znaleźć zdjęcia, których nie dodaję  na Facebooka i bloga, ot taka różnorodność!






    

A każde inne sprawy można załatwiać ze mną za pośrednictwem mojego e-maila - pfff.whatever@gmail.com. W użytku są także wiadomości na Facebook'u.

►E-MAIL / FACEBOOK MESSENGER



Teraz już nie trzeba mnie ze świecą szukać!
xoxo, Aleksandra

niedziela, 17 sierpnia 2014

a moze video?




"A co jeśli nagram videło?", czyli kolejny świetny pomysł, na który wpadłam. Na początek zdecydowałam się na coś dość inspirującego, a że nieśmiała ze mnie osóbka - w filmiku występuję tylko przez parę sekund. Chyba nie jestem jeszcze gotowa do przemowy przed kamerą, ale kto wie! Akurat ja zmieniam zdanie nader często.

Muszę przyznać, że namęczyłam się z tym filmikiem. Po dodaniu na Youtube okazało się, że rozmiar nie ten i jakość okropna. Nagrywałam jeszcze raz i jeszcze, korzystałam z innych programów i okazało się, że to ustawienia mojego aparatu! Po zmianie ustawień, nagrywaniu wszystkiego od nowa, słuchaniu Sad Machine w kółko i w kółko, muszę przyznać, że "First video" już mi się nie podoba. Ech!

Nie potrafię stwierdzić, czy to to pierwsze i ostatnie "First video". W końcu na Spotify znalazłam masę piosenek, które pasowałyby do kolejnych filmików. Szkoda, żeby się zmarnowały, prawda?

Zostawiam Was z moim dziełem, enjoy!

czwartek, 14 sierpnia 2014

Krawieckie przygody i filcowe bombki


Jedno z moich marzeń oficjalnie się spełniło. Przeszłam kurs szycia, którego udzieliła mi najlepsza krawcowa - moja babcia. Stwierdziła, że chyba dostanę jej maszynę do szycia w spadku. Nie obyło się także bez zaplątanych nici i strachu przed przyszyciem sobie palców. Ale wiadomo, kto najbardziej panikował! Chociaż myślę, że moje powtarzanie "Spokojnie, spokojnie" na niewiele się zdało. A teraz świat krawiectwa stoi przede mną otworem! Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła wypróbować moją nową umiejętność. Jeszcze nie zawsze udaje mi się prosto zszyć, ale "spokojnie, spokojnie", wszystko jest do dopracowania!

Nauka ściegów na technice nie poszła w las i pamiętam je do dzisiaj. Nie da się także zapomnieć przyszycia sobie bluzki do obrazku wyszywanego na kanwie. Chociaż muszę przyznać, że mój aniołek był prześliczny!

Kolejną zdolnością, którą pragnę posiąść jeszcze w te wakacje, jest robienie na drutach. Święta zbliżają się wielkimi krokami, a lista prezentów wciąż nietknięta! Może jakieś reniferki, albo małe bałwanki? A jeśli wznowię moją produkcję filcowych bombek na choinkę?


Niedługo będę zbierała zamówienia na sukienki!

xoxo, Aleksandra

piątek, 8 sierpnia 2014

DIY: koronkowy stolik




Ślady po kubku kawy na białej kanapie i laptop przegrzewający się na skórzanym krześle - w moim pokoju zaczęło brakować miejsca na pogaduchy przy filmie. Wtedy ujrzałam rozkręcony niebieski stolik, który lata temu moja mama kupiła w Ikei. Postanowiłam przemalować go i przywrócić do świetności. Na ostateczny wygląd wpłynęło moje zamiłowanie do koronki. Ta, której użyłam, pochodziła z dna mojej szafy. Skąd ją wytrzasnęłam? Z lumpeksu, oczywiście. Miała być przyszyta do dżinsowej katany, ale ten pomysł jakoś wypadł mi z głowy.


 Wszystko, co będzie potrzebne: biała farba, szara farba w spreju, koronkowa koszulka, taśma, papier ścierny i gwiazda wieczoru - stolik.


Na początku stolik trzeba skręcić i zmatowić przy użyciu papieru ściernego. I to jest właśnie zajęcie, którego nienawidzę. Nigdy nie potrafię odpowiednio rozłożyć siły, trę jak najmocniej i najszybciej. Cierpliwa praca nie jest moją mocną stroną.


Po wytarciu resztek pyłu ze stolika, w końcu czas na malowanie. Dzisiaj wyjątkowo farba mi się nie rozlała, nie kapnęła, ani nie prysnęła na ścianę. To mój mini sukces! Chociaż muszę pamiętać, że piszę posta na raty, a do pomalowania została mi jeszcze jedna warstwa.
EDIT: wylała się, wylała. Całe szczęście, że jednak porzuciłam mój pomysł malowania stolika na balkonie. Tego moi rodzice już by mi nie wybaczyli.


Po dwóch dniach i dwóch warstwach białej farby w końcu mogłam ziścić mój pomysł o koronkowym blacie. Wykorzystałam po prostu koszulkę i trochę taśmy. Prawdziwa zabawa miała dopiero nadejść!


W malowaniu pomógł mi tato. Szkoda było mi zmarnować całą pracę przez złe psiknięcie farbą. Nie wyszło idealnie, wiadomo. Ale jak najbardziej jestem zadowolona ze swojej pracy! Na moim stoliku będę teraz każdemu serwowała kawę. Chyba czas zaopatrzyć się we własne filiżanki! 

Voilà, zapraszam na herbatę!



KLIK! KLIK! KLIK!
xoxo, Aleksandra

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Weekend w Trójmieście


Sierpień postanowiliśmy przywitać w Trójmieście - Jarmark Dominikański, molo w Spocie, wieczorne spacery po starówce, a do tego diabelski młyn niczym London Eye. I po co było wyjeżdżać do Londynu?

Podczas obchodu jarmarku najdłużej zajęło mi zwiedzanie stoisk z antykami, gdzie znajdowała masa retro mebli, druciane manekiny i szmaciane zabawki. Jednak budki z jedzeniem też były niczego sobie - węgierskie placki, czy sękacz waniliowy, mniam! Akurat w sobotę odbywał się maraton ciągnący się przez uliczki starego miasta. Czułam  się tak bezkarnie, siedząc i pijąc sobie kawę, gdy kilkadziesiąt osób biegło na śmierć i życie tuż obok mojego stolika.

Całkiem spontanicznie podjęliśmy decyzję o udaniu się na molo w Sopocie. Wysiedliśmy koło plaży w Jelitkowie, a resztę drogi przeszliśmy piechotą. 3.07km przemierzone w takim upale to czysta przyjemność! Do Gdańska wróciliśmy tramwajem wodnym. W te wakacje chyba wykorzystam wszystkie możliwe środki transportu. Wieczorem przechadzaliśmy się jeszcze po starym mieście przy akompaniamencie muzyki operowej. Czy to nie romantyczne?


Następnego dnia trochę zakupów, na którym znalazłam swój wymarzony czarny kapelusz i kwieciste kimono. Byłam z siebie taka dumna, wracając z siatkami do domu! Umawiam się jeszcze z moim fotografem na sesje, żeby móc się nimi pochwalić przed całym światem.





piątek, 1 sierpnia 2014

PODSUMUJMY: lipiec


     Lipiec, czyli najlepszy miesiąc roku, właśnie dobiegł końca. Tym razem był on zabiegany, zaplanowany i zdecydowanie lepszy od ostatniego. W czerwcu wpadłam na świetny pomysł, że każdego dnia będę robiła coś innego. Tyczy się to choćby upieczenia rogalików, obejrzenia ciekawego filmu, opiekowania się kuzynką, czy taplania się w basenie. Mogę się pochwalić, że mój plan odniósł sukces i nie jestem załamana, że przeleżałam miesiąc w łóżku. 
   Na co tym razem napotkałam? Co przykuło moją szczególną uwagę? Czas na podsumowanie miesiąca!


     Pierwsze TAK to oczywiście Primark. Co jak co, ale to jest najważniejsza rzecz, którą muszę zawrzeć w mojej liście. Fashion ubrania prosto z Londynu, na które wcale nie trzeba wydać milionów. Poza tym zawsze trafiałam na miłą obsługę, która przepraszała mnie za czekanie w kolejce i pytała o plany na wieczór (których nigdy nie miałam, haha).


        Drugie TAK - ,,Człowiek nietoperz" autorstwa Jo Nesbø, czyli książka, którą kupiłam sobie za całe 33zł stypendium naukowego. Coś czuję, że jedynymi książkami, które będę polecała, będą kryminały. Kolejna powieść o prostytutkach, narkotykach, seryjnym mordercy, policjancie i wyjątkowo - Australii. ,,(...) Harry za wyeliminowanie psychopatycznego zabójcy zapłaci wysoką cenę...". Jaką? No niestety (a może i stety), trzeba przeczytać! (Powinnam pracować  w Mango, bo prezentowanie towarów idzie mi coraz lepiej!)
Mnie natomiast czeka jeszcze 8 książek z tej serii, a tylko miesiąc wakacji!


      Herbata na zimno, cóż to za wynalazek - pomyślałam, gdy pierwszy raz zobaczyłam papierowe pudełko w kuchni. Bardzo dobry wynalazek na taką pogodę, jaką mamy za oknem. Do tego trochę lodu, listki mięty i plasterek cytryny, mniam! Trzy razy TAK!


      Spotify. Dzięki tej aplikacji mogę znaleźć odpowiednią muzykę do pisania bloga, sprzątania, albo śpiewania pod prysznicem (ta podoba mi się najbardziej!). Znacznie ułatwia życie dla takich leniuszków, którym zmienianie piosenek na Youtube sprawia problem. Znalazłam tyle utwórów, których nie doszukałabym się nawet w tych najgłębszych zakątkach internetu. Wszystkie dodałam do ulubionych, przez co mogę ich słuchać w kółko do momentu, w którym znudzą mi się do tego stopnia, że nigdy więcej ich nie odtworzę. Cudowne!


           Kolejne kosmetyki dla dzidziusiów! Tym razem wybór padł na żel do mycia na dobranoc i szampon rumiankowy z Johnson's. Spodziewałam się, że padnę jak kłoda i będę spała 12 godzin  po użyciu tego żelu na dobranoc (co akurat w moim przypadku nie należy do rzeczy niewykonalnych) - nic z tych rzeczy, to tak wcale nie działa! Delikatny zapach jak we wszystkich produktach dla dzieci, to coś, co go ratuje. Co do szamponu - idealny dla osób, które myją włosy codziennie. ,,Zawiera wyciąg z rumianku, by zachować jasny kolor i blask włosów Twojego dziecka". Obym nie skończyła z platynowym blondem, bo to by była największa porażka mojego życia!



Szalonego sierpnia!
xoxo, Aleksandra

KLIK? 

środa, 30 lipca 2014

London haul


Pod moim ostatnim postem pojawiło się zapytanie o moje angielskie zakupy. Nie wiedziałam, że już wkroczyłam na ten level bloggowania, gdzie ktokolwiek prosi mnie o pisanie posta. Odpowiedzią na tą prośbę jest oczywiście TAK - wszystko dla tej garstki osób, która ma ochotę czytać moje perypetie! Przy okazji dziękuję tej anonimowej osobie za pomysł! :)

Moje zakupy nie były jakoś spektakularnie ogromne. Waga naszej (tj. mojej i mojej siostry) walizki nie przekroczyła 20kg. Powiem szczerze - spodziewałam się pakowania ubrań do bagażu podręcznego, wynikającego z braku miejsca. Przeliczyłam się!


Pierwsze i chyba najważniejsze - szerokie kocoswetry z Primarka. Jedne z moich najbardziej ulubionych części garderoby, poza firankami oczywiście! Kocosweter + azteckie wzory = moja miłość. Już powoli trzeba zacząć się przygotowywać na moją ulubioną porę roku.  Nie mam nic więcej do dodania.

Dwie sukienki. Kwiecista jest z Primarka, a fioletową, którą miałam ubraną w ostatnim poście (o tutaj), kupiłam w H&M za całe 5 funtów. Jest troszkę przyduża, bo to był ostatni egzemplarz (łowca okazji!), ale nie ma nic lepszego od workowatych ubrań, prawda?
 
Zdecydowanie nie byłam zwolenniczką krótkich spodenek. Nie lubiłam ich i nie nosiłam. Od kiedy częściej leżę plackiem na słońcu i nie jestem blada jak córka piekarza, to krótkie spodenki nie są takim głupim pomysłem.  Postanowiłam poszaleć i kupić sobie od razu dwie pary, a co! Czemu ja nie wpadłam na to wcześniej?

 A tutaj koszulka i bluza, która była moim życiowym interesem. Kosztowała mnie całe 3 funty i jestem z niej dumna jak z własnego dziecka. A co do koszulek to do tej pory  żałuję, że nie kupiłam ich sobie więcej w innych kolorach.


A tutaj słodkie skarpeteczki, na których punkcie mam ostatnio bzika. Ot takie zboczenie. Żałuję, że nie mam jeszcze mniejszej nogi. Na dziale dziecięcym to dopiero były cuda! Może powinnam zacząć bandażować stopy jak chińskie kobiety w X wieku?


Słodkie skarpeteczki już były, więc pora na słodkie zimowe piżamy w kotki i ciepłe kapcie. Chyba będę w nich chodziła 24h na dobę, aż szkoda, żeby się marnowały. Poza tym jestem znana z przyjmowania gości w piżamie, ale czy to jakiś problem?


Słodyczki, słodyczki, słodyczki! Oczywiście, przywiozłam ich znacznie więcej (a jakby inaczej...). W moim posiadaniu była też słynna czekolada Willy Wonki, którą gdzieś zgubiłam. Do tej pory nie mam pojęcia jak można zgubić czekoladę. A miałam na nią taką ochotę! Magic stars już rozdałam po znajomych i rodzinie, całe szczęście, że były małe opakowania, bo bym zbankrutowała na czekoladkach.

Wiecie na co właśnie nastał czas! KLIK! KLIK! KLIK! KLIK!
xoxo, Aleksandra